Mój ojciec, Temple Palace, miał taką ulubioną żartobliwą odpowiedź. Kiedy ludzie pytali go, kim jest z zawodu, zwykł mówić, że królem filozofów. Wygłaszał to zdanie ze śmiertelną powagą i nie wybuchał na koniec śmiechem. Ktokolwiek zadał pytanie – czy był to fryzjer, czy przygodny znajomy z przyjęcia albo rodzic jednego z moich kolegów – wszyscy spoglądali na niego pustym wzrokiem. A ja w takich chwilach wbijałem wzrok w ziemię zawstydzony. On natomiast rozkładał ręce i pytał: „No o co chodzi? Mówię poważnie”.

Tak naprawdę wykładał literaturę angielską w Saint Anselm College, Chaucera, Szekspira, Donne’a. W domu sypał nieustannie cytatami i aluzjami, powtarzając półgębkiem kolejne wykłady, komentował też każde prozaiczne wydarzenie w naprawdę abstrakcyjny sposób. Większość jego wtrętów odeszła już dawno w zapomnienie, ale jeden z nich wciąż mam w pamięci. Wróciłem do domu, pociągając nosem, cały we łzach, ponieważ ten drań Burt Phipps zrzucił mnie z huśtawki. Moja matka, Peg, kobieta tyleż ładna co praktyczna, wrzuciła trzy kostki lodu do woreczka śniadaniowego i przyłożyła je do opuchlizny na twarzy. Ojciec natomiast stał przy zielonym kuchennym blacie i zastanawiał się na głos, dlaczego Burt zrobił mi coś takiego.

– Dlatego, że to palant – odpowiadam, pociągając wciąż nosem.
– Ależ skąd – oświadcza ojciec, podnosząc okulary, by spojrzeć na nie pod światło i przetrzeć je serwetką. – Hen, Szekspir nauczył nas jednego: każde działanie ma swój motyw.
Patrzę na ojca, trzymając przy obolałym czole woreczek pełen lodu.
– Nie rozumiesz, synu? Cokolwiek ktokolwiek czyni, musi być tego przyczyna. Nic bez niej się nie dzieje, ani w sztuce, ani tym bardziej w życiu.
– Litości, kochanie – szepcze matka, przyklękając obok mnie, by spojrzeć mi w oczy i wykluczyć wstrząśnienie mózgu. – Chuligan to chuligan.
– No tak – rzuca ojciec, głaszcze mnie po głowie, po czym wychodzi z kuchni. – Pytanie brzmi: dlaczego został chuliganem?

Matka przewraca oczami, całuje mnie w obolałe miejsce i wstaje. Pięcioletnia Nico siedzi na podłodze, gdzie buduje wielopiętrowy pałac z klocków lego. Właśnie usiłuje go nakryć wielopłaszczyznowym dachem. Profesor Palace nie doczekał nadejścia asteroidy, podobnie, niestety, jak moja matka. Za nieco ponad pół roku, jeśli ufać przewidywaniom najlepszych naukowców, co najmniej połowa populacji naszej planety zginie w serii nakładających się na siebie kataklizmów.

Eksplozja o sile dziesięciu megaton, dorównująca mocą tysiącowi bomb zrzuconych na Hiroszimę, wybije gigantyczny krater w ziemi, powodując liczne trzęsienia ziemi wymykające się poza skalę Richtera, a one z kolei wywołają niebotyczne tsunami, które przetoczy się przez wszystkie oceany naszego globu.

Potem nadejdzie mrok, niebo spowije gruba warstwa popiołu, średnia temperatura spadnie o dwadzieścia stopni Celsjusza. Zero zbiorów, zero bydła, zero światła. Taki będzie los tych, którzy przetrwają.

Znajdź w swoim błękitnym brulionie odpowiedź na następujące pytanie, profesorze Palace: jaki wpływ świadomość nieuchronnej zguby może mieć na ludzi i motywy ich postępowania?

Weźmy choćby J.T. Toussainta, bezrobotnego kamieniarza, wcześniej niekaranego. Nie ma on wiarygodnego alibi na czas śmierci ofiary. Twierdzi, że był w domu, czytał książkę. W normalnej sytuacji zainteresowalibyśmy się kwestią motywu sprawcy. Rozważylibyśmy godziny spędzone wspólnie przez Petera Zella i Toussainta, zwłaszcza ostatniego wieczora: najpierw idą na seans Distant Pale Glimmers i w trakcie projekcji wypijają po kilka piw. Potem dochodzi do sprzeczki, niewykluczone, że o kobietę albo jakąś na wpół zapomnianą głupotę z czasów szkolnych, nerwy biorą górę…

Pierwszy problem z tą hipotezą polega na tym, że Peter Zell nie zginął w taki sposób. Morderstwa będące rezultatem długiej libacji lub wynikiem sprzeczki o kobietę czy też spowodowane inną zwadą popełnia się zazwyczaj kijami bejsbolowymi, nożami bądź dwieściesiedemdziesiątkami. My mamy natomiast do czynienia z człowiekiem, który został uduszony, a następnie przeniesiony, by można było zainscenizować samobójstwo.
Drugi problem, moim zdaniem znacznie poważniejszy, każe przeanalizować motyw ponownie w kontekście nadciągającej katastrofy.

Albowiem ludzie zachowują się ostatnio nieprzewidywalnie, ich motywy są trudne, często wręcz niemożliwe do stwierdzenia.

Na świecie dochodzi do kanibalizmu, ekstatycznych orgii, niekontrolowanej fali dobroczynności, prób rewolucji, zarówno socjalistycznej, jak i religijnej, wreszcie do masowych psychoz związanych z powtórnym nadejściem Jezusa czy Alego, zięcia Mahometa, Przywódcy Wiernych. Niektórzy wierzą wręcz, że Orion opuści nieboskłon, dzierżąc miecz i pas w dłoni.
Ludzie budują statki kosmiczne i domki na drzewach, praktykują wielożeństwo, strzelają do siebie w miejscach publicznych, dokonują samospaleń albo zaczynają studiować medycynę, ponieważ prawdziwi lekarze porzucają pracę, by mieszkać w szałasach na pustyni i tam się modlić.

Żadna z tych rzeczy, z tego co wiem, nie miała jeszcze miejsca w Concord. Mimo to odpowiedzialny detektyw powinien przyjrzeć się motywom sprawcy w nowym świetle, umieścić je na matrycy nowych, bardzo nietypowych okoliczności. Koniec świata zmienia wszystko – zwłaszcza z perspektywy stróża prawa.